Muzyka

Weneckie fajerwerki na klasztornym dziedzińcu.

By

14 sierpnia 2019, w ramach Nocy Cracovia Sacra, z dziedzińca Kościoła Matki Bożej Śnieżnej przenieśliśmy się prosto do XVIII-wiecznej Wenecji – miasta, w którym jak nigdzie sacrum ściera się z profanum, miasta Antonia Vivaldiego. Orkiestra Cappella dell’Ospedale della Pietà nazwą (oraz żeńskim składem) nawiązuje do sierocińca, w którym pracował i dla którego podopiecznych tworzył Il Prete Rosso. Nic więc dziwnego, że program wypełniony został po brzegi twórczością wybitnego wenecjanina. Na marginesie dodam, że fakt, iż w sierocińcu dysponował Vivaldi wyłącznie głosami kobiecymi, znalazł odbicie w jego twórczości. Za najciekawszy owoc tej współpracy uważam oratorium Juditha triumphans, którego obsada wokalna (mimo licznych postaci męskich w libretcie) pozostaje na wyłączność płci pięknej. 

Usłyszeliśmy 10 utworów + bis, ułożonych w zgrabnie przemyślany pod kątem napięcia program. Wszystkie arie oraz duet wieńczący koncert pochodziły z opery La fida ninfa, którą napisał Vivaldi na otwarcie Nuovo Teatro Filarmonico w Weronie (1732). Pierwszy „pokaz fajerwerków” obejmował 5 początkowych kompozycji. Zespół na czele ze skrzypkiem-dynamitem Stefanem Plewniakiem rozpoczął koncert uwerturą do opery, której premiera odbyła się 2 lata po pierwszym wystawieniu La fida ninfa – L’Olimpiade (1734). Tak samo postąpił Jean-Christophe Spinosi, nagrywając album oraz koncertując po Europie z Wierną nimfą RV 714, uzupełniając brak w partyturze 3-częściową sinfonią z Olimpiady RV 725 (w Polsce wystąpili 4.03.2010 podczas Festiwalu Opera Rara). Vivaldi z kolei umieścił w Olimpiadzie między innymi popisową arię Osmina Qual serpe tortuosa, którą wyśpiewała z właściwą sobie, porywającą ekspresją Natalia Kawałek. Szczególnie zmysłowa emfaza na słowie diletto w części B prawdopodobnie na długo zostanie w pamięci słuchaczy. W arii zachwyca „wijąca się” partia orkiestry, mająca zobrazować tytułowego węża, pod którego postacią kryje się miłość/namiętność. W pierwszej, wybuchowej części koncertu usłyszeliśmy także 2 arie Licori (Sylwia Stępień) Vado, si, dove a te piace i Alma opressa da sorte crudele oraz znakomicie wykonany Koncert skrzypcowy D-dur RV 222. W połowie koncertu nastąpiło wyciszenie w pięknej, kantylenowej arii Aure lievi, che spirate, w której nimfa (Natalia Kawałek) prosi uśpione duchy, by pomogły jej odnaleźć ukochanego. Przyspieszone tętno powróciło w Koncercie skrzypcowym d-moll RV 242 oraz arii Elpiny Cerva ch’al monte, w której wybuchowe koloratury obrazują łanię, skaczącą po górach i lesie, manifestującą tym swą wolność. Następnie Sylwia Stępień wykonała pierwszą arię Licori Selve annose, erme foreste, która zachwyca pełną melancholii i czaru melodią. Na koniec powróciła energetyzująca atmosfera z początku koncertu za sprawą duetu Elpiny i Osmina Dimmi pastore oraz bisu – III części Lata

Stefan Plewniak stwierdził, że „jako dyrektor zespołu wepcha się, żeby zagrać bis” – i bardzo dobrze, ponieważ Cappella dell’Ospedale della Pietà brzmi stylowo, spójnie, świeżo i przede wszystkim z pazurem, co czyni ją świetnym zespołem muzyki dawnej. Jej szef zaś to skrzypek wybitny, który porywa grą z rozmachem, dziką energią i pasją, osiągający maksymalne napięcie za pomocą „smarującego, oleistego” smyczka nawet w najbardziej wirtuozerskich momentach, czym trzyma słuchaczy za wnętrzności i nie puszcza aż do ostatniej nuty w solowym popisie. Ta intensywność gry skutkuje uzyskaniem absolutnej pełni brzmienia i możliwości skrzypiec, czego słuchanie wywołuje podobne reakcje w ciele niczym niepohamowany galop przez połoninę lub piaszczystą plażę. 

Obok Stefana Plewniaka prawdziwą gwiazdą wieczoru została Natalia Kawałek (prywatnie żona skrzypka/dyrygenta). Mezzosopran i osobowość, która rozkochała w sobie krakowską publiczność recitalem Zakochana w kłopotach podczas Festiwalu Opera Rara 2018. Śpiewaczka odznacza się wielką ekspresją i swobodą na scenie. Utrzymuje kontakt z publicznością i całą sobą przekazuje, o czym śpiewa. Jej głos o ciepłym kolorycie brzmienia sprawdza się zarówno w żywych, dynamicznych ariach, najeżonych koloraturami (Cerva ch’al monte), jak i w tych bardziej lirycznych, intymnych i spokojnych (Aure lievi, che spirate). Hipnotyzująca jest jej kobiecość doprawiona zadziornością. Prawdziwie „rockowa” śpiewaczka. 

Sylwia Stępień (sopran) wykazała się dużą sprawnością w koloraturach (Vado, si, dove…, Alma opressa). Zabrakło jednak kontaktu z publicznością. Pulpit z nutami zdecydowanie za często pochłaniał śpiewaczkę, co poskutkowało znacznie ograniczoną ekspresją. 

Piękne wspomnienie na jesienne i zimowe chłody pozostawi ten obfitujący w weneckiego ducha wieczór. Niewielki, subtelnie oświetlony i skąpany w kwiatach przykościelny dziedziniec stał się idealną scenerią dla wskrzeszenia dzieła włoskiego mistrza. Co prawda, już na przełomie lat 50. i 60. ubiegłego wieku, po publikacji partytury, pojawiły się pierwsze współczesne produkcje Wiernej nimfy, wyrywając tę operę z trwającego 200 lat letargu. Utwór jednak wciąż nie jest powszechnie znany, dlatego szczególnie cieszy, że artyści zdecydowali się uwzględnić jego fragmenty przy konstruowaniu programu. Zwieńczenie koncertu w postaci Presto z Lata stanowiło wdzięczny ukłon w stronę publiczności, wśród której z pewnością znalazły się osoby, kojarzące Vivaldiego wyłącznie ze słynnym cyklem. Mnie zaś uświadomiło, że niezależnie od tego, jak bardzo dane dzieło jest „ograne i wsłuchane”, wzięte na warsztat przez doborowych muzyków, może wzbudzać wciąż świeże i żywe emocje. 

W twórczości weneckiego mistrza kochałam się od dziecka. Tylko koncerty Vivaldiego miałam ochotę ćwiczyć na skrzypcach, a pierwszą płytę dostałam właśnie z muzyką Il Prete Rosso. Jako kilkuletnie dziecko pewnie nie zdawałam sobie sprawy, dlaczego ta muzyka tak mnie uwodzi. Gdy teraz o tym myślę, bogatsza o lekturę tekstów Muratowa, wielokrotnie posmakowawszy weneckiej feerii, szalonego mariażu wpływów Wschodu i Zachodu, tętniącego życia i niczym nieskrępowanego przepychu (zarówno w sferze sacrum, jak i profanum), atmosfery wiecznie trwającego karnawału, flirtu skrytego pod strojnymi maskami, przypuszczam, że czar Vivaldiego polegał na ludzkiej umiejętności wchłaniania obrazów z życia, natury i wszechobecnej sztuki oraz na kompozytorskiej nieskończonej wyobraźni, by to szalone widowisko przekuć na dźwięki. Miał szczęście tworzyć w jednym z najwspanialszych miast XVIII-wiecznej Europy i potrafił to wykorzystać. A o Wenecji z czasów Rudego Księdza tak pisał Paweł Muratow: „(…) trudno nie poddać się urokowi Wenecji XVIII wieku. W niej z niezwykłą czystością i siłą zachowała się istota artystycznej treści owej epoki, esencja owego życia, która do dziś nie utraciła swojego aromatu. (…) Wiek XVIII był stuleciem muzyki i ani jedno miasto europejskie, a nawet włoskie, nie mogło wtedy mierzyć się z Wenecją pod względem muzykalności.” [ P. Muratow, Obrazy Włoch tom I, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1972, str. 36.]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Trackbacks and Pingbacks